Pożegnanie z Anną

Żegnaj przy­ja­ciół­ko, chy­ba minął już nasz czas. Żegnaj przy­ja­ciół­ko, cza­sem nie­przy­chyl­ny los. Żegnaj przy­ja­ciół­ko, mia­ła wiecz­nie przy­jaźń trwać. Żegnaj przy­ja­ciół­ko, w koń­cu masz mnie pew­nie dość.

Parę słów na odchodnym

Chodź tutaj mała, mam parę słów. Nie roz­ma­wia­my od daw­na już. Nie chcesz roz­sta­nia, lecz muszę iść. Trze­ba mi dalej do przo­du żyć. Bywa­ło faj­nie — z pew­no­ścią tak. Dziś po tym wszyst­kim nie został ślad. Nie chcę wspo­mi­nać tych wspól­nych dni. Nie chcę już słu­chać wymó­wek twych. Nie będę dłu­żej już słu­chać kłamstw. Wiedz, że to mówię ostat­ni raz.

Chodź tutaj mała, mam parę słów. Czy wiesz, jak wiel­ki spra­wi­łaś ból? Mogłaś powie­dzieć, że to był błąd i nie­omyl­nie odje­chać stąd. Szu­ka­łem rady, zna­la­złem nóż wbi­ty w me ple­cy przez kogoś z gór. Musia­łem zabić mych uczuć bieg. Zdu­si­łem ser­ce, pły­nąc na brzeg. Dziś coraz szyb­ciej odcho­dzisz w cień. Wkrót­ce zapo­mnę każ­dy nasz dzień. Został sen­ty­ment do paru miejsc, lecz on nie boli, czy o tym wiesz?

Chodź tutaj mała, mam parę słów. Cze­mu nie umiesz się w miłość wczuć? Cóż ci zaszko­dzi powie­dzieć mi praw­dę, dla­cze­go nie chcesz mą być?? Dla­cze­go mówisz, że ranię cię?! Prze­cież to nie ja zmie­ni­łem cel! Możesz się gnie­wać, jeże­li chcesz. Wiem, że mam rację. Czy ty to wiesz?

Zamiast długiego, smutnego listu

Może to tyl­ko two­ja pomył­ka, nic poważ­ne­go, nie­wiel­ki błąd. Może zbyt wie­le pra­gną­łem tyl­ko, gdy chcia­łem dotknąć twych drżą­cych rąk.

Może masz rację — nie two­ja wina, że pomy­śla­łaś, że kochasz mnie. Może to zabrzmi, jak wiel­ka drwi­na: i ja myśla­łem, że tak już jest.

Może nie było słów jed­no­znacz­nych, sły­sza­łem tyl­ko, com sły­szeć chciał. Lecz czy zro­zu­mieć mogłem ina­czej, kie­dy mówi­łaś, że tyl­ko ja?

Może nie muszę wszyst­kie­go wie­dzieć, w koń­cu nie jestem powier­cą twym. Ty nie chcesz mówić. Ja chcę powie­dzieć: Będę cię kochał, dopó­kim żyw.

W górską noc

W pew­ną czar­ną, gór­ską noc na szlak wyszedł pewien ktoś. Nie­bo w gwiaz­dy stroi się, wko­ło szum wie­ko­wych drzew.

Smut­na cisza w uszach grzmi, ktoś się bar­dzo prze­jął tym. W oku błysz­czy srebr­na łza, odbi­te w niej świa­tło gra.

W dole lata­ren­ki miast, w górze milion mru­ga gwiazd. Ktoś cier­pią­cy widzi je, ser­ce się na strzę­py rwie.

Gdzieś w odda­li miesz­ka ta, któ­rą bie­dak kocha nasz. Teraz jed­nak bez niej jest, sam z zapar­tym tkwi tu tchem.

Smut­na cisza w uszach grzmi, nikt nie przej­mie się już tym. Ktoś w bez­ru­chu w górach trwa, zasty­gła już srebr­na łza.

Uśmiech błysz­czy w oku, i chy­ba ma ktoś pięk­ne sny. Rękę jego anioł wziął, ode­szli dale­ko stąd.

W pew­ną czar­ną, gór­ską noc na szlak wyszedł inny ktoś. Nie­bo w Księ­życ wtu­la się, wko­ło szum tajem­ny drzew…