Nie można uciec

Chcia­łem się zabić – zre­zy­gno­wa­łem, bo to był dla mnie zbyt łatwy chwyt. Mia­łem nóż w ręku – nagle wspo­mnia­łem tych, co być może, po mnie i łzy…

Chcia­łem coś zmie­nić – by było lepiej, zaczą­łem kła­mać, nie wyszło nic. Zgu­bi­łem praw­dę – napraw­dę nie wiem, po co mi było tak głu­pio żyć…

Chcia­łem porzu­cić – zacząć od nowa, wziąć jesz­cze jed­ną, ostat­nią z szans. Już ucie­ka­łem, gdy Two­je sło­wa mnie prze­ko­na­ły, by tutaj trwać…

Dziś obo­jęt­ny – wszę­dzie tak samo, ludzie się bro­czą nie­win­ną krwią. Nie ma już sen­su żad­na nadzie­ja, nie ma już dokąd ucie­kać stąd…

Przyjaciele

Kie­dy dosyć już masz wiel­kich spraw i ich łaj­dac­twa, kie­dy sama gdzieś śpisz pośród kłam­stwa. Pomyśl cze­go chcesz i dla­cze­go nie umiesz cie­szyć się tym, co już masz. Powiedz gło­śno, cze­go pra­gniesz, być może będzie cał­kiem inaczej.

Gdy upad­nie Twój świat, runą w gru­zy Twe marze­nia, kie­dy przed Tobą szmat róż­nych spraw do zała­twie­nia. Nic nie przej­muj się, tyl­ko zacznij się cie­szyć wszyst­kim, co daw­no masz. Prze­cież cią­gle masz tak wie­le – są bli­sko Cie­bie, to przyjaciele…

Drżeniem rąk

Znów ciem­na noc zapa­dła, poga­sły świa­tła już. Ostat­nia gwiaz­da spa­dła, a księ­życ odszedł w nów. I ona była sama, nie mia­ła dokąd pójść. A nad nią była bra­ma, wro­śnię­ta w zło­ty bluszcz…

Ode­szli od niej wszy­scy, ludzie gar­dzi­li nią. Gdy kie­dyś poszła do nich, wyrwa­li radość z rąk.

A mia­ła wiel­kie pla­ny i czę­sto śmia­ła się, a kie­dy ją rani­li, nie dała swo­ich łez. Gdy kie­dyś ją zła­pa­li, jak okra­da­ła sklep, nie zna­leź­li nicze­go, lecz tyl­ko czer­stwy chleb…

Ode­szli…

Znów ciem­na noc zapa­dła, poga­sły świa­tła już. Zasnę­ła gdzieś na ław­ce i nie chcia­ła nic czuć. A wte­dy z mro­ku nocy przy­szedł do par­ku on. Ukląkł tuż przy dziew­czy­nie, okrył ją drże­niem rąk…

Pustka

Sto­ją w oknach, nie widzi ich nikt. Puste sto­ły nakry­wa im wiatr. Pod­czas naj­gor­szej ze wszyst­kich zim na ich domy ostat­ni śnieg spadł.

Puste szklan­ki napeł­nia im żal, nie zapu­kał dziś nikt do ich drzwi. Mróz panu­je wśród pustych ich ścian, każ­de z serc ich jak śnieg ten – opa­da z sił…

Już nie wie­rzą w cokol­wiek – tak łatwo, gdy samot­ni wędru­ją przez świat. Lecz pyta­nie powsta­je, czy war­to w kom­plet­nej pust­ce, w nie­by­cie trwać?…

Nierozłączni

To nie waż­ne, że śnieg pada, przy­sy­pu­jąc śla­dy wio­sny i że tyl­ko już „wypa­da” życzyć szczę­ścia, pomyślności.

To nie waż­ne, że nie war­to pra­gnąć cze­go­kol­wiek wię­cej i że nie ma nic ponad to, co zoba­czyć możesz w ręce.

My wznie­sie­my się do nie­ba, gdy zła­pie­my się za ręce; wię­cej nic nam nie potrze­ba, niż mieć kocha­ją­ce serce.

To nie waż­ne, co Ci mówią, o tym, jak masz żyć naj­le­piej i że oni wszyst­ko kupią, bo nie kupią nigdy Ciebie.

To nie waż­ne, że się koń­czy życie na tej skrom­nej zie­mi; nawet śmierć nas nie roz­łą­czy, zawsze razem już będziemy.

Bo wznie­śli­śmy się do nie­ba, by mieć kocha­ją­ce ser­ce; wię­cej już nam nic nie trze­ba, tyl­ko chwy­cić się za ręce.