Nie rozumiem Twittera ani Blipa

To miał być komen­tarz u Paw­ła, ale w koń­cu się roz­pi­sa­łem to publi­ku­ję to jako wła­sny wpis.

Ostat­nio zało­ży­łem z cie­ka­wo­ści kon­to na Bli­pie, ale nadal nie rozu­miem idei tego wszystkiego.

Kie­dyś chcia­łem napi­sać sobie pro­sty pro­gra­mik do robie­nia takich wpi­sów — choć­by po to by móc wrzu­cić sobie tam „poło­ży­łem klu­cze na 3 pół­ce od dołu w szaf­ce na przed­po­ko­ju” i potem to wyszu­kać 😀 — i ilość kana­łów któ­ry­mi moż­na not­kę na Bli­pa wrzu­cić jest dla mnie imponująca.

Nie­mniej nie rozu­miem idei upu­blicz­nia­nia wszyst­kich tych notek. Będąc w cie­ka­wym miej­scu 2 – 3 dni potra­fię wyge­ne­ro­wać 800‑1000 foto­gra­fii; w prze­rwach w pra­cy i po pra­cy, a tak­że nudząc się w podró­ży mógł­bym pew­nie nawet kil­ka­set notek dzien­nie na Bli­pie wygenerować.

Szum infor­ma­cyj­ny któ­ry ja sam gene­ru­ję sta­je się poma­łu dla mnie nie do ogar­nię­cia. Nie rozu­miem jak moż­na dobro­wol­nie dodać jesz­cze czyjś szum do „obser­wo­wa­nych”. No chy­ba że był­by to Sta­ni­sław Jerzy Lec z jego Myśla­mi Nieuczesanymi 😉

Bat na urzędy

Wiem, że to mrzon­ki, bo na tego blo­ga to przez całe moje życie 100 tysię­cy osób nie wej­dzie, ale chciał­bym wystą­pić z odezwą.

Chcę przy­go­to­wać pro­jekt usta­wy i zgło­sić go do Sej­mu, a żeby to zro­bić z ini­cja­ty­wy oby­wa­tel­skiej jest potrzeb­ne te 100 tysię­cy pod­pi­sów właśnie.

Usta­wa będzie krót­ka i tre­ści­wa. Jesz­cze tego nie ujął w piór­ka żaden praw­nik, ale prze­pis ma być mniej wię­cej taki:

Jeże­li urząd lub dowol­na insty­tu­cja za zała­twie­nie pew­nej spra­wy pobie­ra opła­tę X zł, a usta­wo­wy ter­min na jej zała­twie­nie wyno­si Y dni, insty­tu­cja ta jest zobo­wią­za­na do zapła­ty peten­to­wi kwo­ty wyno­szą­cej 100Y w pierw­szym dniu po upły­wie Y dni, jeże­li spra­wa nie zosta­ła załatwiona.

Pomy­śl­cie, jak pozy­tyw­nie wpły­nął­by taki prze­pis na dzia­ła­nie wsze­la­kich urzę­dów (Urząd Miej­ski, dowód oso­bi­sty — ter­min usta­wo­wy 30 dni, ter­min w prak­ty­ce — 120 dni; Ener­ge­ty­ka, warun­ki tech­nicz­ne — ter­min usta­wo­wy 14 dni, ter­min w prak­ty­ce — 60 dni i rośnie; Wydział Ksiąg Wie­czy­stych Sądu(!) — szyb­ciej przy­cho­dzi info o podat­ku z Urzę­du Miej­skie­go niż potwier­dze­nie naby­cia nie­ru­cho­mo­ści od nich; itp. itd.) Zosta­ły­by zmu­szo­ne albo do skró­ce­nia ter­mi­nów, albo do reduk­cji opłat do 0zł.

I niech nikt mi nie mówi, że prze­kra­cza­ją ter­mi­ny bo bra­ku­je im rąk do pra­cy. W koń­cu mamy ponoć jed­ną z naj­bar­dziej roz­bu­do­wa­nych biu­ro­kra­cji na świecie :>

Czy naprawdę kiedyś było lepiej?

Czę­sto się sły­szy opi­nie o zdzi­cze­niu obec­nych cza­sów (takie, jak cho­ciaż­by ta). Że ludzie zamie­nia­ją się w bez­dusz­ne maszy­ny do zara­bia­nia, pię­cia się po szcze­blach karie­ry i kon­sump­cji. Że jeste­śmy obłud­ni, przy­ja­ciół dobie­ra­my sobie tak, by mieć z nich jak naj­więk­szy zysk. Że kie­ru­je­my się tyl­ko powierz­chow­no­ścią. Że coraz mniej w nas kul­tu­ry oso­bi­stej. Że coraz mniej bez­piecz­nie jest na uli­cach. Wresz­cie, że jeste­śmy mani­pu­lo­wa­ni przez media.

Nie zga­dzam się.

Nie zga­dzam się zwłasz­cza, kie­dy mówią i piszą tak oso­by mło­de — np. w moim wie­ku. Nie prze­ży­li­śmy tych daw­nych, cudow­nych lat. Nie mamy pod­staw do ich subiek­tyw­nej oce­ny, nie mamy pod­staw do stwier­dze­nia „kie­dyś było lepiej”. Mamy za to dość obiek­tyw­ny pogląd na minio­ne cza­sy dzię­ki histo­rii. Ta, jako pisa­na przez wie­le osób pozwa­la odrzu­cić skraj­no­ści i dotrzeć do w mia­rę obiek­tyw­ne­go obra­zu, jak to kie­dyś było.

Nie­ste­ty, zamiast dotrzeć do jakichś tek­stów źró­dło­wych, ludzie opie­ra­ją swą opi­nię o daw­nych cza­sach na tym, co wyczy­ta­li w lite­ra­tu­rze pięknej.

Takim spo­so­bem, cza­sy w któ­rych nie były prak­tycz­nie moż­li­we mał­żeń­stwa osób z róż­nych grup spo­łecz­nych, a dziew­czyn­ki w wie­ku dzie­się­ciu czy dwu­na­stu lat były już daw­no sprze­da­ne jakie­muś przy­szłe­mu mężo­wi w trans­ak­cji posag-za-pozy­cję-spo­łecz­ną-tatu­sia sta­ją się dla nie­szczę­śli­wie zako­cha­nych współ­cze­snych wzo­rem cza­sów miłości.

Z peł­nym sza­cun­kiem dla Sha­ke­spe­ara i jego talen­tu, opie­rać wie­dzę o jego cza­sach na jego dra­ma­tach to jak czer­pać całą wie­dzę o naszym świe­cie z serii Harlequinów.

Daw­ne cza­sy nie były też bez­piecz­niej­sze. Podróż z miej­sco­wo­ści A do miej­sco­wo­ści B zna­ko­mi­ta więk­szość z nas może obec­nie odbyć bez więk­szych przy­gód. Oczy­wi­ście zda­rza­ją się kra­dzie­że, roz­bo­je i mor­der­stwa… Ale nie zda­rza­ją się za każ­dym razem i każ­de­mu! A jeśli nawet się zda­rzą, bywa że Poli­cja znaj­dzie i uka­rze spraw­cę. Czy tak było 200 czy 500 lat temu?

Ludzie pocho­dzą z bru­tal­ne­go świa­ta natu­ry i agre­sja jest w nich gdzieś głę­bo­ko pod skó­rą zako­rze­nio­na. Gdzieś czy­ta­łem nawet, że ludz­ka skłon­ność do nie­sna­sek mogła powstać w cza­sie ewo­lu­cji dla­te­go, żeby „zmo­ty­wo­wać” naszych pra­przod­ków do roz­bi­ja­nia zbyt dużych grup łowiec­kich (dla któ­rych na ogra­ni­czo­nym obsza­rze zabra­kło­by jedze­nia) na mniej­sze. Dla­te­go nie dziw­my się, że czło­wiek czło­wie­ko­wi wil­kiem. Kie­dyś było gorzej. Głów­nym osią­gnię­ciem naszej cywi­li­za­cji jest — wbrew pozo­rom — dość znacz­ne pod­nie­sie­nie bez­pie­czeń­stwa i dobro­by­tu (przy­naj­mniej dla czę­ści ogól­no­świa­to­wej ludności).

A co do mani­pu­la­cji przez media… Nie odno­si­cie cza­sem wra­że­nia, że głów­nym jej wyni­kiem są rze­sze nasto­lat­ków, któ­rzy dali się nabrać na tele­wi­zyj­ną baj­kę o tym, jaki to świat jest zły? Prze­cież jedy­nym powo­dem tego, że codzien­nie sły­szy­my o czymś złym jest fakt, iż codzien­nie dosta­je­my wia­do­mo­ści z całe­go świa­ta. Szan­sa że 1 oso­bie z sze­ściu miliar­dów codzien­nie coś się sta­nie, są duże. Ale to nie zna­czy, że zło dzie­je się czę­ściej niż kiedyś.

Nie pytaj człowieka, zapytaj maszyny

  • Prze­pra­szam, któ­rę­dy doj­dę na Plac Hoł­du Pruskiego?
  • Skrę­ci Pan w lewo przy Net­to — tyl­ko teraz mie­lo­ne 3,99zł za kilo­gram — i pój­dzie pan pro­sto do świa­teł przy McDo­nal­dzie — che­ese­bur­ger jedy­nie 2zł — a dalej w pra­wo przez Ale­ję Kwia­to­wą — chry­zan­te­my jedy­nie 3zł sztu­ka — i już pan będzie na miej­scu. Niech pan koniecz­nie wstą­pi do Bra­ma Cafe, tam jest pro­mo­cja na kawę lat­te — jedy­nie 6,50zł za fili­żan­kę plus her­bat­nik gratis.

Wyobra­ża­cie sobie kogoś tak odpo­wia­da­ją­ce­go na pro­ste pytanie?

Dla­te­go nie rozu­miem ludzi korzy­sta­ją­cych z tych śmiesz­nych auto­ma­tów, któ­re w mia­stach są sta­wia­ne, co to mają doty­ko­wy ekran i moż­na je zapy­tać gdzie jest Zamek albo Knaj­pa. Ja rozu­miem — korzy­stać ze zdo­by­czy infor­ma­ty­ki żeby zaosz­czę­dzić czas w urzę­dzie albo omi­nąć kolej­kę w ban­ku. To nie tyl­ko jest hi-tech, ale i oszczę­dza czas i/lub pie­nią­dze. Ale pyta­nie o dro­gę? Prze­cież taki auto­mat na ogół:

  • został „hack­nię­ty” przez jakie­goś mało­la­ta i poka­zu­je „możesz teraz bez­piecz­nie wyłą­czyć komputer”
  • jest bez­na­dziej­nie nie­in­tu­icyj­ny w obsłudze
  • zasła­nia 85% pla­nu mia­sta i infor­ma­cji reklamami
  • albo co gor­sza wyświe­tla infor­ma­cje tyl­ko o obiek­tach, któ­rych wła­ści­cie­le zapła­ci­li za reklamę
  • nie poka­zu­je „tu jesteś” na mapie
  • a w ogó­le ilu ludzi potra­fi szyb­ko odna­leźć dro­gę, czy­ta­jąc mapę? 

Zapy­ta­nie prze­chod­nia „prze­pra­szam, gdzie jest pocz­ta?” na ogół skoń­czy się szyb­ką odpo­wie­dzią co naj­wy­żej dru­giej-trze­ciej pyta­nej oso­by. Bez reklam. Bez prze­bi­ja­nia się przez menu. Bez roz­glą­da­nia się, gdzie ja wła­ści­wie teraz jestem. „Zapy­ta­nie” maszy­ny trwa na ogół wie­lo­krot­nie dłużej.

Jeśli więc nie jest tak, że nie zna­my ani sło­wa w języ­ku prze­chod­niów, po co mar­nu­je­my czas przy tych auto­ma­tach? Tech­ni­ka tak, ale nie za wszel­ką cenę 😉

Są jeszcze wrażliwi ludzie? (+efekt motyla)

Cie­ka­wy temat na osob­ny wpis: czy takie sys­te­my, jak Google mają świa­do­mość? Są hipo­te­zy, że świa­do­mość poja­wia się samo­ist­nie w odpo­wied­nio zło­żo­nych sys­te­mach. Może Inter­ne­to­wi dale­ko do zło­żo­no­ści ludz­kie­go mózgu, ale jakiś cień świa­do­mo­ści same­go sie­bie być może już uzy­skał. Zwłasz­cza, że o swej świa­do­mo­ści może być prze­ko­na­na jedy­nie sama isto­ta świa­do­ma — nie jeste­śmy w sta­nie tego spraw­dzić w jaki­kol­wiek spo­sób z zewnątrz.

Ale to temat na osob­ny wpis.

Wrażliwe GoogleW tym chcę poru­szyć temat: wyszu­ki­war­ka inter­ne­to­wa a ludz­ka wie­dza. Nie­któ­rzy zaczy­na­ją myśleć, że takie np. Google zna całą wie­dzę i wszyst­kie myśli, jakie kie­dy­kol­wiek powsta­ły w ludz­kich gło­wach. Jeśli ktoś coś kie­dyś pomy­ślał, to ślad tej myśli znaj­du­je się w Inter­ne­cie. Np. po co to wszyst­ko? pomy­śla­no aż 53 milio­ny razy 😉

Czy takie twier­dze­nie moż­na odwró­cić? Czy­li jeśli w Google cze­goś nie ma, to nikt nigdy tego nie pomy­ślał? Wpi­sa­łem w Google fra­zę nie ma już wraż­li­wych ludzi i nicze­go nie zna­la­złem. Czy to zna­czy, że ze świa­tem nie jest jesz­cze tak źle? Że nikt nigdy nie pomy­ślał o tym, że wraż­li­wo­ści na świe­cie już brak? Strasz­nie to optymistyczne 🙂

Nie­ste­ty, zna­lazł się taki jeden Węgorz co opi­sał spra­wę jak wyżej. Mój golb prę­dzej czy póź­niej zosta­nie zin­dek­so­wa­ny i poja­wi się pierw­szy wynik na Google­’u na pyta­nie o kres ludzi wraż­li­wych. Tak oto Węgorz zdo­ło­wał świat.

PS Oczy­wi­ście, w Inter­ne­cie nie ma każ­dej myśli, a jedy­nie te opu­bli­ko­wa­ne. Cała nadzie­ja więc w kra­jach Trze­cie­go Świa­ta — bez dostę­pu do inter­ne­tu — oraz w tyra­niach, gdzie publi­ko­wać nie wol­no. To dzię­ki myślom ich oby­wa­te­li Inter­net nigdy nie zyska ogól­noludz­kiej świadomości.