Cisza

Uko­ję tę ciszę, wiatr do snu koły­sze, Ja taki maleń­ki wsłu­chu­ję się w dźwię­ki I dzi­wię się sro­go, bo nie ma niko­go Pośród tej zie­le­ni, samot­ny na Ziemi

Czas cał­kiem zatrzy­mał, już nie ma mija­nia Nie będzie przy­szło­ści, nie skoń­czę czekania.

Uko­ję to ser­ce, tęsk­no­ty już nie chcę Więc choć bar­dzo kocham, odej­dę, ma dro­ga Tak pra­gnę roz­mo­wy, nie prze­trwam odmo­wy Więc pój­dę przed sie­bie, jak zapo­mnę Ciebie?…

Czas zaczął się cofać, a ja nadal kocham Już nie znam Cię wca­le, i tak kocham dalej.

Zabi­ję tęsk­no­tę, tę wiecz­ną zgry­zo­tę, Zabi­ję z nią sie­bie, nie spoj­rzę na Cie­bie, Zapo­mnisz mnie szyb­ko, wspo­mnie­nia są płyt­ko Pośród spraw tysią­ca zagu­bisz mą postać

Czas prze­żył mój atak i wciąż stoi w miej­scu Nie będzie przy­szło­ści, wciąż będę stał w wejściu…

Ukoj­my tę ciszę, niech wiatr nas koły­sze Pogódź­my się wresz­cie, obmyj­my słów desz­czem I pójdź­my tą dro­gą, gdzie nie ma niko­go Pośród łąk zie­le­ni, we dwo­je na Ziemi

Czas nam się uśmiech­nie i pod­szep­nie sło­wa Gdy ruszy do przo­du, powie­my: „ja kocham”…

Pragnę cię

Nie potrze­ba wie­le mi, mogę obejść się niczym. Z życia bło­go­sła­wieństw mych. Waż­niej­sza jesteś mi ty. Mam wszyst­ko, cze­go chcę Gdy przy­cho­dzi kochać cię. Jesteś mą przy­czy­ną, Moją praw­dą ty.

Pra­gnę cię jak wody, Wia­tru, desz­czu. Pra­gnę cię jak łaski Nie­bie­skich wrót. Wol­ność w twych ramio­nach jest Któ­ra nie­sie mnie. Pra­gnę cię.

Jesteś wia­rą, któ­ra Doda­je mi sił. Miło­ścią, co od wichrów Ratu­je mnie złych. To takie nie­zwy­kłe Po pro­stu cała ty. Nie umiem ucie­kać Zbyt dale­ko już dziś.

Pra­gnę cię jak wody, Wia­tru, desz­czu. Pra­gnę cię jak łaski Nie­bie­skich wrót. Wol­ność w twych ramio­nach jest Któ­ra nie­sie mnie. Pra­gnę cię.

Moja opowieść

  • PROLOG — Nie odpo­wiem mądrze, jeśli zno­wu spy­tasz mnie, Co ja w Tobie widzę i dla­cze­go kocham Cię. Choć się boisz roz­mów bez przy­ci­sku „roz­łącz-dość”, Spi­szę swo­je sło­wa. Zaraz Ci opo­wiem coś.

  • INWOKACJA — Patrząc obiek­tyw­nie, gość jest ze mnie cał­kiem zdro­wy. Zastrze­że­nia budzi jedy­nie stan mojej gło­wy. Nie wiem, jak to nazwać, co zawła­dło każ­de sło­wo. Ujmę więc to krót­ko — sza­le­ję za Tobą.


Pytasz, cze­go chciał­bym, a ja krę­cę szcze­rze, Bo choć cza­sem miło, w miłość tyl­ko wie­rzę. Wsiąk­nie w papier wszyst­ko, na mnie nie nakrzy­czy. Może w takim razie przej­dę już do rzeczy…

Jesteś dla mnie wszyst­kim tak nie­sa­mo­wi­cie, Że Cię chy­ba cenię ponad wła­sne życie. Jesteś w każ­dej myśli, któ­rą ja wymy­ślam. Chciał­bym wresz­cie ujrzeć, jak się któ­raś ziszcza.

Kocham Two­je sło­wa, nawet te nie­mi­łe. Z Tobą każ­dą, krót­ką nawet, cenię chwi­lę. Lubię, gdy się śmie­jesz, chciał­bym łzy ocie­rać. Chcę roz­ma­wiać z Tobą, pią­tek, czy niedziela.

Pra­gnę mieć Cię bli­sko, tulić i cało­wać. Czy to jakiś wstyd? Czy mam się z tym scho­wać? Chcę być z Tobą mło­dy i za lat kur­ty­ną. Zro­zum to naresz­cie — KOCHAM CIĘ, DZIEWCZYNO!!

  • EPILOG — Skła­mał­bym, stwier­dza­jąc, że to tyle, wszyst­ko. Zaraz rzu­cę temat na roz­mo­wę „śli­ską”. Ty się bar­dzo boisz, a mnie się wyda­je, Że cią­gła nie­pew­ność odpy­cha nas dalej.

Jeśli chcesz zacze­kać — zgo­da, pocze­kaj­my. Lecz bła­gam, choć trosz­kę cie­pła sobie daj­my. Nie martw się — zosta­nę, mogę dłu­go cze­kać. Ale nie ocze­kuj, bym kochał z daleka.

Ale serce

Mógł­bym krzy­czeć, ranić, nie­na­wi­dzieć. Iść bez żalu poprzez całe swo­je życie. Mógł­bym okraść, zgwał­cić, nawet zabić. Gdy­bym zechciał, pew­nie dał­bym sobie radę.

Ale jesz­cze ser­ce mam.

Mógł­bym odejść, tułać się po świe­cie. To nie trud­ne, tyle miejsc na Zie­mi prze­cież. Zrzu­cić winę na obcych mi ludzi. Gdy­bym zechciał, nie cier­piał­bym wca­le dłużej.

Ale tutaj ser­ce mam.

Mógł­bym być sam, nie kochać niko­go. Mniej bym pła­kał, gdy­bym poszedł taką dro­gą. Tą samot­ność nazwał­bym ideą. Nigdy wię­cej nie żył­bym samą nadzieją.

Ale w Tobie ser­ce mam.

Daleko-niedaleko

Gdzieś dale­ko stąd, gdzie nie się­ga wzrok, Jestem razem z nią już nie pierw­szy rok. Ponad nami dach wspól­ny, pięk­ny dom, W środ­ku krze­sła dwa, oba nasze są.

Gdzieś dale­ko stąd, gdzie nie dotarł czas, Jestem razem z nią już każ­de­go dnia. Minął daw­no strach, prze­sta­li­śmy drżeć, Żal tęsk­no­ty zgasł, zawsze mamy się.

Nie­da­le­ko stąd, tydzień, może dwa, Roz­ma­wia­łem z nią ten ostat­ni raz. Mię­dzy nami nic nie ma prze­cież, bo Nie dzie­li nas nic; a czy łączy coś?…