Nadużycie socjalu

Nasz pięk­ny kraj kosz­tu­je mnie co mie­siąc oko­ło 50 – 60% mojej pra­cy. 40% odda­ję od razu na VAT, PITZUS, a kolej­ne zło­te odda­ję Pań­stwu Pol­skie­mu w zaku­pach nie na fir­mę (VAT), akcy­zie, podat­kach grun­to­wych, od nie­ru­cho­mo­ści, w tak­sach kli­ma­tycz­nych, opła­tach w urzę­dach, itp., itd.

Wszy­scy, któ­rzy prze­kra­cza­ją próg pomo­cy socjal­nej, dosta­ją od pań­stwa mniej wię­cej tyle samo, nie­za­leż­nie od tego, ile za nie pła­cą (ja wiem, że nie­któ­re rze­czy są tyl­ko w teo­rii, ale to nie jest prak­tycz­ny golb 😉 ):

  • woj­sko­wą ochro­nę gra­nic i poli­cyj­ną ochro­nę wewnętrz­ne­go porząd­ku — czy­li gene­ral­nie mówiąc mono­pol Pań­stwa na sto­so­wa­nie przemocy
  • jako takie warun­ki do nor­mal­nej egzy­sten­cji — ochro­nę praw czło­wie­ka, regu­la­cję mecha­ni­zmów ryn­ko­wych i eko­no­micz­nych, itp.
  • dar­mo­we” szkol­nic­two i służ­bę zdrowia
  • spo­łecz­ne zabez­pie­cze­nie przed kalec­twem (ren­ta) i sta­ro­ścią (eme­ry­tu­ra)

Nie mam poję­cia, ile kosz­tu­je utrzy­ma­nie tego wszyst­kie­go w prze­li­cze­niu na jed­ne­go oby­wa­te­la. Sza­cu­ję (28 mln zdol­nych do pra­cy, 38 mln wszyst­kich, śred­nia pła­ca brut­to 2300zł, 20% bez­ro­bo­cia, „dzień wol­no­ści podat­ko­wej” 30 czerw­ca), że jest to mie­sięcz­nie oko­ło 680zł w tej chwi­li. Spo­ro, zwa­żyw­szy na fakt, iż oso­ba (któ­rych jest w Pol­sce naj­wię­cej) zara­bia­ją­ca mini­mum socjal­ne nie jest w sta­nie tyle na Pol­skę wyłożyć.

Ponow­nie — nie mam poję­cia, jak jest dzie­lo­na ta kasa. Zno­wu sza­cu­ję (28 mln zdol­nych do pra­cy, 38 mln wszyst­kich, 20% bez­ro­bo­cia, dodat­ko­wo jakieś 20% nie wytwa­rza PKB — urzęd­ni­cy, itp.), że 17mln osób musi utrzy­mać te pozo­sta­łe 21 mln. Jak bym nie liczył, wycho­dzi mi że 44% spo­łe­czeń­stwa utrzy­mu­je pozo­sta­łe 56%. Chy­ba bli­skie to jest praw­dy, bo czę­sto się sły­szy, że w Pol­sce na jed­ne­go pra­cu­ją­ce­go przy­pa­da 1 niepracujący.

Na co idą pie­nią­dze pła­co­ne przez 44% pra­cu­ją­ce­go i zara­bia­ją­ce­go ponad mimi­mum socjal­ne społeczeństwa?

Na pomoc dla pozostałych.

Ja rozu­miem, że mamy war­to­ści demo­kra­tycz­ne i huma­ni­tar­ne. Zga­dzam się, że nie moż­na zosta­wić bez pomo­cy osób cier­pią­cych głód i nędzę. Wię­cej — uwa­żam, że nawet z czy­sto eko­no­micz­ne­go punk­tu widze­nia nie opła­ca się zosta­wić osób, któ­rym się nie uda­ło, na śmierć.

Rozu­miem i akcep­tu­ję rolę pań­stwa jako regu­la­to­ra nie­ko­rzyst­nych zja­wisk, któ­re pły­ną z kapi­ta­li­zmu i wol­ne­go ryn­ku. Ba, chęt­nie oddam poło­wę swo­jej pen­sji na zapew­nie­nie w mia­rę god­ne­go bytu oso­bom, któ­rym w tej chwi­li wie­dzie się źle.

Ale do cho­le­ry, niech te 56% ma tro­chę sza­cun­ku do swo­ich dobro­czyń­ców. Sko­ro ktoś żyje z zasił­ku, albo ren­ty niech nie okra­da mi piw­ni­cy, nie dziu­ra­wi opon w samo­cho­dzie, nie spra­wia, że boję się wyjść na uli­cę wie­czo­rem. Niech nie obno­si się ze swo­im życiem za jał­muż­nę („ze mną będzie ci lepiej, ja mam ren­tę” — tak jakiś lum­pek zacze­piał kie­dyś w pocią­gu moją narze­czo­ną). Niech w koń­cu nie wyda­je na wódę pie­nię­dzy, któ­re dostał „na dzieci”.

Wresz­cie — niech nie bie­rze zasił­ku gość, któ­ry jest sil­niej­szy i zdrow­szy ode mnie, a do pra­cy nie idzie tyl­ko dla­te­go, że „za 3,50zł mu się nie opła­ca”. Mi też się kur­de nie opła­ca, choć zara­biam niby wię­cej. „Niby”, bo poło­wę zarob­ku oddam na utrzy­ma­nie takie­go trut­nia właśnie.

Powiesz, Czy­tel­ni­ku: „świet­nie, mnie też to dener­wu­je, ale co z tym zro­bić; odciąć pomoc wszyst­kim?”. Otóż pałę­ta się po mojej gło­wie takie roz­wią­za­nie, któ­re mogło­by zmniej­szyć mar­no­tra­wie­nie moich i Two­ich pie­nię­dzy na socjal­ne nadużycia.

Dla­cze­go zasił­ki i pomoc wsze­la­ka jest udzie­la­na w gotówce?

Kie­dy pod­cho­dzi do mnie ktoś na dwor­cu i pro­si o pie­nią­dze, a ja je mu dam, wyda je zapew­ne na alko­hol. Kie­dy pro­po­nu­ję, że kupię mu coś do jedze­nia, na ogół sły­szę „ty ch…” i gość rezy­gnu­je z mojej pomo­cy. Pokor­nie przyj­mu­ją moją pomoc tyl­ko ci, któ­rzy fak­tycz­nie jej potrzebują.

Dla­cze­go nie ogra­ni­czyć pomo­cy socjal­nej do zaspo­ka­ja­nia jedy­nie pod­sta­wo­wych potrzeb czło­wie­ka? Nie masz z cze­go żyć, bra­ku­je Ci na jedze­nie — pań­stwo Ci pomo­że prze­żyć. Nic wię­cej. Zamiast gotów­ki wystar­czy­ło­by dawać zasił­ki w bonach (coś jak Sode­xho np.), któ­rych nie dało­by się wymie­nić na dowol­ny towar. Dosta­jesz bon, możesz go „wydać” jak pie­nią­dze gdzie­kol­wiek, ale nie możesz za nie­go kupić np. alkoholu.

Że co? Że sprze­da­wa­li­by bony? Prze­cież mogą być imien­ne, waż­ne tyl­ko z dowo­dem osobistym.

Oczy­wi­ście, to nie roz­wią­za­ło­by wszyst­kich pro­ble­mów, ale zmniej­szy­ło­by licz­bę nadużyć.

Co Wy na to? Macie jakieś pomy­sły na ogra­ni­cze­nie roz­bu­cha­ne­go pol­skie­go socjalu?

Sprawiedliwość w sieci współzależności

Pisa­łem już o wol­no­ści jed­nost­ki oraz o tym, że indy­wi­du­alizm nie ma sen­su. Kon­klu­zja była taka, że nie moż­na mówić o wol­no­ści poje­dyn­czych osób, a jedy­nie całych grup spo­łecz­nych, zaś więk­szość z nas pró­bu­jąc cał­ko­wi­cie odciąć się od spo­łe­czeń­stwa była­by ska­za­na jeśli nie na śmierć, to przy­naj­mniej na żywot ze wszech miar prymitywny.

Dzi­siaj chciał­bym się zasta­no­wić nad — tak ostat­nio poszu­ki­wa­ną w naszym pięk­nym kra­ju — spra­wie­dli­wo­ścią. Jed­nak, dro­gi Czy­tel­ni­ku, nie wci­skaj jesz­cze „Wstecz” w prze­glą­dar­ce, bo nie będę tu pisał o lustra­cji i podob­nych w swej genial­no­ści pomy­słach. Chcę się zasta­no­wić nad czymś dużo waż­niej­szym, a mia­no­wi­cie nad spra­wie­dli­wo­ścią podzia­łu pracy.

Współ­cze­sne spo­łe­czeń­stwa — tak­że te nie­de­mo­kra­tycz­ne (vide Chi­ny) — przyj­mu­ją zwy­kle kapi­ta­li­stycz­ny model gospo­dar­ki. Ozna­cza to, że za pra­cę pła­ci się pie­nią­dzem, któ­ry jest abs­trak­cyj­nym wyobra­że­niem ilo­ści i war­to­ści tej pra­cy, któ­ry moż­na następ­nie wymie­nić na towa­ry i usłu­gi ofe­ro­wa­ne przez innych.

Idea pie­nią­dza jest taka, że ktoś kto wyko­nu­je pra­cy wię­cej lub świad­czy pra­cę o wyso­kiej war­to­ści, zara­bia wię­cej i dzię­ki temu może kupić wię­cej efek­tów pra­cy innych osób. W ide­al­nym przy­pad­ku jest to sys­tem spra­wie­dli­wy, gdyż zosta­je zacho­wa­na rów­no­wa­ga mię­dzy ilo­ścią pra­cy „wkła­da­nej” do wspól­nej puli a ilo­ścią pra­cy z tej puli „wycią­ga­nej”. Oczy­wi­ście, tą pulą wspól­ną jest po pro­stu rynek.

Nie­ste­ty, jak z każ­dą teo­rią, sys­te­mem i ideą — rze­czy­wi­sty świat nie dzia­ła wg pro­stych reguł. Nie moż­na obiek­tyw­nie wyce­nić żad­nej wyko­ny­wa­nej przez czło­wie­ka pra­cy. Bo jakie kry­te­rium moż­na przy­jąć? Czas wło­żo­ny w wyko­ny­wa­nie pra­cy? Czym innym jest godzi­na przy­szy­wa­nia guzi­ków, a czym innym godzi­na nosze­nia beto­no­wych płyt. Kwa­li­fi­ka­cje potrzeb­ne do wyko­ny­wa­nia pra­cy? Czy rze­czy­wi­ście spra­wie­dli­we jest, że ktoś kto uro­dził się mniej spraw­ny inte­lek­tu­al­nie od innych jest ska­za­ny na wyko­ny­wa­nie prost­szych prac i znacz­nie mniej­sze zarob­ki nie­za­leż­nie od tego, jak cięż­ko będzie pra­co­wał? Jakie­kol­wiek kry­te­rium okre­śla­nia war­to­ści pra­cy jest dla jakiejś gru­py spo­łecz­nej krzywdzące.

Dla­te­go nie wyda­je mi się na miej­scu mówie­nie o spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej w obec­nym sys­te­mie. Nie ma cze­goś takie­go. Z jed­nej stro­ny rzą­dy sta­ra­ją się — a przy­naj­mniej powin­ny się sta­rać — o to, by każ­dy oby­wa­tel wło­żył moż­li­wie dużo pra­cy do puli wspól­nej (oczy­wi­ście nie za dar­mo — sys­tem pozwa­la wyjąć z tej puli mniej wię­cej tyle samo, ile się wkła­da). Z dru­giej zaś stro­ny mamy takie „wyna­laz­ki”, jak gieł­da, czy — lep­szy przy­kład — Lot­to. Oczy­wi­ście, że każ­dy chciał­by wygrać i do koń­ca życia nie musieć pra­co­wać. Ale czy to było­by spra­wie­dli­we? Taki szczę­ściarz prze­sta­je wkła­dać swo­ją pra­cę do spo­łecz­nej puli, a jedy­nie z tej puli bie­rze. Z punk­tu widze­nia całej gru­py jest to zacho­wa­nie nie­po­żą­da­ne, sprzecz­ne z inte­re­sem grupy.

Oczy­wi­ście dale­ko mi do anar­chii, zaprze­cza­nia osią­gnięć kapi­ta­li­zmu wraz z jego meto­da­mi. Nie­mniej, wie­le jego mecha­ni­zmów: ryn­ki kapi­ta­ło­we, spe­ku­la­cje, gieł­dy, kon­cen­tra­cja kapi­ta­łu, a nawet pra­wa paten­to­we są moim zda­niem głę­bo­ko nie­spra­wie­dli­we. Myślę, że ludz­kość (w któ­rą napraw­dę sta­ram się wie­rzyć) stoi u pro­gu prze­mian, któ­ry albo uda się prze­kro­czyć albo się na nim roz­bi­je­my. Nie­skrę­po­wa­ny niczym kapi­ta­lizm pro­wa­dzi bowiem do coraz więk­szej ilo­ści zja­wisk sprzecz­nych z inte­re­sem więk­szo­ści świa­to­we­go społeczeństwa.

Kon­cen­tra­cja kapi­ta­łu i know-how (przez skrzy­wio­ne pra­wa paten­to­we) powo­du­je hamo­wa­nie roz­wo­ju spo­łe­czeń­stwa. Jeśli ktoś ma świet­ny pomysł na świet­ny wyna­la­zek, musi naj­pierw pozy­skać inwe­sto­ra (któ­ry czę­sto uzy­skał posia­da­ny kapi­tał paso­ży­tu­jąc — legal­nie bądź nie — na spo­łe­czeń­stwie), a następ­nie wygrać z praw­ni­ka­mi kon­ku­ren­cji. Coraz wię­cej decy­zji i moż­li­wo­ści klu­czo­wych dla roz­wo­ju ludz­ko­ści leży w rękach coraz węż­szej gru­py ludzi, a histo­ria uczy że mono­po­li­za­cja wła­dzy nie jest dobra.

Myślę, że kapi­ta­lizm powi­nien w cią­gu 20 – 30 lat ustą­pić inne­mu, nowo­cze­sne­mu mode­lo­wi glo­bal­nej gospo­dar­ki. Model ten powi­nien zwięk­szyć wol­ność grup spo­łecz­nych przez — przy­naj­mniej czę­ścio­we — uwol­nie­nie skon­cen­tro­wa­ne­go obec­nie kapi­ta­łu oraz know how. Uwa­żam, że w inte­re­sie ludz­ko­ści jest wol­ny dostęp do dóbr nauki i kul­tu­ry (nawet jeśli to ma ozna­czać spa­dek zysków nie­któ­rych grup, takich jak kon­cer­ny fono­gra­ficz­ne czy fir­my, któ­re nic nie pro­du­ku­jąc zaj­mu­ją się jedy­nie posia­da­niem paten­tów). Model ten powi­nien tak­że — nie przez inter­wen­cjo­nizm poje­dyn­czych państw, ale glo­bal­ne mecha­ni­zmy któ­re powin­ny uzu­peł­nić mecha­ni­zmy ryn­ko­we — zapo­bie­gać nad­mier­nej kon­cen­tra­cji kapitału.

Myślę, że nie­złym roz­wią­za­niem — o ile nikt nie wpad­nie na coś lep­sze­go — było­by stwo­rze­nie w mię­dzy­na­ro­do­wym pra­wie zapi­sów ogra­ni­cza­ją­cych kon­cen­tra­cję kapi­ta­łu oraz likwi­da­cja bądź poważ­ne skró­ce­nie (do roku-dwóch) praw patentowych.

Kon­cen­tra­cję kapi­ta­łu likwi­do­wał­bym bez bez­po­śred­niej inge­ren­cji pań­stwa bądź mię­dzy­na­ro­do­wych władz — nie robił­bym tego w for­mie podat­ków, lecz przez nało­że­nie obo­wiąz­ku inwe­sto­wa­nia znacz­nej czę­ści gro­ma­dzo­ne­go kapi­ta­łu. Tym spo­so­bem omi­nę­ło­by się korup­cję i nie­efek­tyw­ność mecha­ni­zmów pań­stwo­wych, a kapi­tał w więk­szej czę­ści tra­fiał­by do małych, lecz inno­wa­cyj­nych przedsiębiorców.

Jeśli cho­dzi o pra­wa paten­to­we, to myślę, że nie­złym przej­ścio­wym pół­środ­kiem było­by ogra­ni­cze­nie moż­li­wo­ści ich sprze­da­wa­nia i sto­so­wa­nia. Gdy­by np. wpro­wa­dzić pra­wo któ­re pozwa­la­ło­by chro­nić paten­tem tyl­ko idee fak­tycz­nie wyko­rzy­sty­wa­ne przez posia­da­cza paten­tu, pozby­li­by­śmy się firm któ­re gene­ral­nie nie robią nicze­go poza sku­po­wa­niem paten­tów i pozy­wa­niem innych. Oczy­wi­ście nale­ża­ło­by tak­że znacz­nie ogra­ni­czyć zakres rze­czy moż­li­wych do opa­ten­to­wa­nia (na pew­no nie moż­na paten­to­wać takich „idei” jak kli­ka­nie mysz­ką). Wraz z rodze­niem się spo­łe­czeń­stwa infor­ma­cyj­ne­go, nie­uchron­ny jest nato­miast cał­ko­wi­ty upa­dek pra­wa patentowego.

Był­by to moim zda­niem znacz­nie spra­wie­dliw­szy, a przede wszyst­kim sen­sow­niej­szy model gospo­dar­czy. Inno­wa­cje powsta­ją bowiem na ogół nie w boga­tych kon­cer­nach (któ­re zaj­mu­ją się np. doda­wa­niem dziw­nych nazw do nazw bak­te­rii, L.Casei Defen­sis, itp. zamiast czymś napraw­dę inno­wa­cyj­nym) lecz w gło­wach poje­dyn­czych osób. Nie­ste­ty, obec­nie wie­le idei umie­ra z gło­du, bez dostę­pu do kapi­ta­łu, know-how czy cho­ciaż­by labo­ra­to­riów badawczych.

Prze­pra­szam za cha­otycz­ność powyż­sze­go wywo­du i zapra­szam do dyskusji 🙂

Nagłówki dzisiejszych wiadomości

Poni­żej pierw­sze zda­nia nagłów­ków wia­do­mo­ści. Czy to ja zwa­rio­wa­łem, czy to ten świat? 😉

Dzie­ci z domów dziec­ka spę­dza­ły kolo­nie w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym w Kro­śni­cach (woj. dolnośląskie).
Z powo­du wizy­ty Bene­dyk­ta XVI odwo­ła­no wybo­ry miss Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go, bo w pla­nach były wystę­py stu­den­tek w bikini.
W cią­gu sze­ściu lat pod Sopo­tem ma powstać tunel, któ­rym jeź­dzi­li­by­śmy z Gdań­ska do Gdyni.
Od 1 lip­ca wła­dze Bia­ło­ru­si zabro­nią kup­com baza­ro­wym sprze­da­wa­nia naj­bar­dziej cho­dli­wych towarów.
Para­fia­nie księ­dza nie wie­rzą w mord rabunkowy.
Według dotych­cza­so­wych usta­leń pro­ku­ra­tu­ry wybuch poża­ru w gdań­skim koście­le św. Kata­rzy­ny może mieć zwią­zek z pra­ca­mi dekarskimi.
Dla Pola­ków pol­skość Jana Paw­ła II mia­ła ogrom­ne zna­cze­nie, a nie­miec­kość Bene­dyk­ta XVI nie budzi sprzeciwu.
Leka­rze w pro­te­ście skła­da­ją też papie­ry na wyjazd za granicę.

(nagłów­ki za gaze​ta​.pl)

Pisanie do szuflady

Piszę coraz czę­ściej na tym blo­gu i zasta­na­wiam się, po co to robię, sko­ro nikt (poza chlub­nym wyjąt­kiem Scy­pia — ukło­ny 😉 ) moich wypo­cin nie czy­ta. Samo zresz­tą zja­wi­sko blo­go­wa­nia przez dłu­gi czas mnie odrzu­ca­ło, tak jak mnie zwy­kle odrzu­ca­ją maso­we mody.

Nigdy nie umiesz­czam wpi­sów na siłę, nie piszę o tym, że „dzi­siaj zja­dłem na obiad klu­secz­ki” tyl­ko po to, by mieć wpis każ­de­go dnia. Piszę wte­dy, gdy mam coś do powie­dze­nia. Ale dla­cze­go to robię, sko­ro pra­wie nikt mnie nie czyta?

Mimo iż uwa­żam sie­bie za szczę­śli­we­go czło­wie­ka, to żyję w sytu­acji, któ­rej nie potra­fię nazwać do koń­ca dobrą. Traf chciał, że nie tyl­ko uro­dzi­łem się w okre­sie glo­bal­ne­go kry­zy­su i w cza­sie koniecz­no­ści trud­nych spo­łecz­nych prze­mian, nie tyl­ko żyję w kra­ju, któ­ry — mimo iż pięk­ny — pod wie­lo­ma wzglę­da­mi cią­gle dosta­je w dupę i to na ogół od wła­snych oby­wa­te­li, ale jesz­cze „obda­ro­wa­ny” zosta­łem cecha­mi cha­rak­te­ru, któ­re spra­wia­ją że nie­zbyt dobrze zno­szę — koniecz­ną — pra­cę zarob­ko­wą. Szyb­ko mnie nudzą moje sta­łe zaję­cia, a nie­ste­ty nie da się wyżyć tyl­ko z bycia inno­wa­cyj­nym i wymy­śla­nia nowych rze­czy — trze­ba je jesz­cze cza­sem wyko­ny­wać przez żmud­ną i nud­ną robo­tę. A przy tym tło, na któ­rym żyję, powo­du­je że nie pły­nie z tej robo­ty jakaś obrzy­dli­wie duża nagro­da. Ot — w mia­rę spo­koj­ne życie w nie­wiel­kim miesz­ka­niu z per­spek­ty­wą na to, iż przez jakiś czas nie dotknie mnie bezrobocie.

Dusić róż­nych nie­za­do­wo­leń w sobie nie daję rady.

W szkol­nych cza­sach mogłem „puścić parę w gwiz­dek” wypra­co­wań czy sce­na­riu­szy szkol­nych kaba­re­tów. Teraz te zawo­ry bez­pie­czeń­stwa bez­pow­rot­nie znik­nę­ły, więc pisu­ję sobie tu oto, na tym blo­gu. Wstyd przy­znać, ale na ogół piszę arty­ku­ły w pra­cy. To jest mój spo­sób na ode­rwa­nie się na chwi­lę od przy­ziem­no­ści codzien­nych zadań. W domu nie zna­la­zł­bym cza­su na to pisa­nie. A tak — mogę „zmar­no­wać” czas na wypi­sa­nie fra­pu­ją­cych mnie rze­czy, któ­rych poza Scy­piem pew­nie nikt nie prze­czy­ta i wró­cić do pra­cy, a potem do domu nie­co spo­koj­niej­szy, by cie­szyć się ogól­nie wyso­kim pozio­mem szczę­ścia, któ­re­go wła­ści­cie­lem póki co jestem 🙂

O wolności jednostki

Poczy­tu­ję sobie ostat­nio książ­kę Rober­ta Wri­gh­ta Non­ze­ro i nie mogę się nie zasta­no­wić nad nie­któ­ry­mi sprawami.

Książ­ka trak­tu­je sze­ro­ko o antro­po­lo­gii kul­tu­ry, jed­nak głów­nym jej celem jest poka­za­nie ory­gi­nal­nych poglą­dów Rober­ta Wri­gh­ta na roz­wój kul­tu­ry w róż­nych spo­łecz­no­ściach. A poglą­dy te mówią o tym, że kul­tu­ra pod­le­ga pro­ce­so­wi ana­lo­gicz­ne­mu do bio­lo­gicz­nej ewo­lu­cji; tak jak bio­lo­gicz­na ewo­lu­cja powie­la naj­lep­sze geny i usu­wa te nie­speł­nia­ją­ce warun­ków prze­trwa­nia, tak ewo­lu­cja kul­tu­ro­wa powie­la „memy” i doko­nu­je na nich selek­cji „natu­ral­nej”. Pod poję­ciem „memy” rozu­mie się pew­ną wie­dzę, infor­ma­cję, tech­no­lo­gię. Może to być zarów­no mem tablicz­ki mno­że­nia, jak i mem upra­wia­nia roli, mem łowiec­twa czy mem „pły­nię­cia na zachód”.

Wri­ght sta­wia tezę, iż poje­dyn­cze oso­by w spo­łecz­no­ści sta­no­wią „neu­ro­ny”, z któ­rych każ­dy posia­da jakieś memy. W mia­rę postę­pu tech­no­lo­gii komu­ni­ka­cji i wzro­stu nie tyl­ko licz­no­ści same­go spo­łe­czeń­stwa ale i stop­nia jego zor­ga­ni­zo­wa­nia, memy mogą prze­no­sić się coraz dalej i dalej oraz — mody­fi­ko­wa­ne przez inne „neu­ro­ny” — pod­le­gać ewo­lu­cji. Tak więc np. gdy Kolumb zapro­po­no­wał wypra­wę na zachód, Wło­si nie byli zain­te­re­so­wa­ni spon­so­ro­wa­niem takie­go przed­się­wzię­cia. Por­tu­gal­czy­cy zary­zy­ko­wa­li i mem „pły­nię­cia na zachód” oka­zał się korzyst­ny dla ich spo­łe­czeń­stwa. Infor­ma­cja o tym roz­nio­sła się po Euro­pie i tym spo­so­bem mem „pły­nię­cia na zachód” przetrwał.

Nie będę tu przy­ta­czał całe­go cie­ka­we­go wywo­du Wri­gh­ta (prze­czy­ta­łem dotąd jakąś poło­wę książ­ki), kto cie­ka­wy niech prze­czy­ta. Ja przej­dę nato­miast do tema­tu tego wpisu.

Zain­spi­ro­wa­ny roz­my­śla­nia­mi o moż­li­wo­ściach prze­ży­cia total­ne­go indy­wi­du­ali­sty w dzi­siej­szym świe­cie (patrz: Indy­wi­du­alizm nie ma sen­su) oraz nie­któ­ry­mi z wyja­śnień zło­żo­no­ści naszych spo­łe­czeństw w Non­ze­ro, dosze­dłem do — myślę że dość cie­ka­we­go — wniosku.

Otóż wyda­je mi się, że nie­moż­li­we jest osią­gnię­cie peł­nej wol­no­ści przez poje­dyn­czą jed­nost­kę. Naj­mniej­szym „obiek­tem”, któ­ry może być obiek­tyw­nie w peł­ni wol­nym, jest spo­łe­czeń­stwo. Nie jest wol­ny Jan Kowal­ski, ale już całe spo­łe­czeń­stwo pol­skie — tak.

Nie­skrę­po­wa­na niczym wol­ność jed­nost­ki jest nie­moż­li­wa do osią­gnię­cia. Pomiń­my nawet skraj­ne przy­kła­dy typu „nie jestem wol­ny, bo nie mogę odstrze­lić sąsia­da któ­ry o 2 w nocy słu­cha na cały regu­la­tor disco polo”. Ale jak­że nazy­wać „wol­ną” oso­bę, któ­ra — będąc w jakiejś tam mniej­szo­ści — musi pła­cić podat­ki na pań­stwo pro­wa­dzo­ne zgod­nie z mode­lem, któ­re­go oso­ba ta nie uzna­je? Jak­że nazy­wać „wol­ną” oso­bę, któ­rej wol­ność sło­wa ogra­ni­cza się w zasa­dzie do ano­ni­mo­we­go pokrzy­ki­wa­nia na inter­ne­to­wych forach (i to nawet to pod cen­zu­rą mode­ra­to­rów), gdyż dostęp do „wol­no­ści sło­wa” jest tak napraw­dę ogra­ni­czo­ny przez kosz­ty pro­wa­dze­nia gaze­ty, radia czy tele­wi­zji? Jak­że nazy­wać „wol­ną” oso­bę, któ­ra ze wzglę­du na wyzna­wa­ną reli­gię jest nie­ustan­nie nara­ża­na na szy­ka­ny nawet ze stro­ny „demo­kra­tycz­nych” władz (vide rząd Fran­cji vs Muzułmanie)?

Wol­ność jed­nost­ki to fikcja!

Na pozio­mie całe­go spo­łe­czeń­stwa wol­ność jest moż­li­wa do osią­gnię­cia. Co wię­cej, jest ona osią­ga­na. Spo­łe­czeń­stwo jako całość nie jest szy­ka­no­wa­ne ze wzglę­du na reli­gię, bo ta o naj­więk­szej licz­bie wyznaw­ców sta­je się auto­ma­tycz­nie reli­gią domi­nu­ją­cą. Sys­tem pań­stwo­wy jest mniej wię­cej skon­stru­owa­ny zgod­nie z mode­lem, któ­ry popie­ra spo­łe­czeń­stwo jako całość, więc i tu spo­łe­czeń­stwo nie ma ogra­ni­czo­nej wol­no­ści. Wol­ność sło­wa upra­wia­ją gaze­ty, któ­re by się sprze­dać, muszą przed­sta­wiać opi­nie zgod­ne z opi­nią więk­szo­ści spo­łe­czeń­stwa, więc i tu ogra­ni­cze­nia wol­no­ści nie ma.

Tak więc mamy wszy­scy wol­ność… jako spo­łe­czeń­stwa. Poje­dyn­cze oso­by — o ile nie są wyrwa­ny­mi z rocz­ni­ka sta­ty­stycz­ne­go kart­ka­mi — peł­nej wol­no­ści nie osią­gną nigdy. Ze spo­łe­czeń­stwa narzu­ca­ją­ce­go zasa­dy więk­szo­ści wyrwać się pra­wie nie da, gdyż więk­szość z nas nie jest w sta­nie na wła­sną rękę nawet pozy­skać żyw­no­ści. Poje­dyn­czy sprze­ciw tak­że nie na wie­le się zda.

Jedy­nym spo­so­bem, by posze­rzyć swo­ją wol­ność jest zna­le­zie­nie dla swo­ich poglą­dów odpo­wied­niej gru­py. Niech to będzie pora­dą dla tych, któ­rzy chcą zmie­niać sys­tem. Dzia­ła­nie w poje­dyn­kę jest ska­za­ne na niepowodzenie.