Jesienny ranek

Poran­na mgła opa­da, a łąki budzą się. Nasta­je znów jesien­ny, bez­barw­ny, zwy­kły dzień.

Znów słoń­ce się uno­si nad hory­zon­tu skroń. A zim­ny wiatr poda­je nagim gałę­ziom dłoń.

Rzę­si­sty deszcz znów pła­cze, jak dziec­ko daje znak. Tęcza się nie uka­że, nie wzle­ci żaden ptak.

Na nie­bie strasz­na pust­ka, na zie­mi brak nam miejsc. Lecz pro­mień słoń­ca bły­ska gdzieś w głę­bi ludz­kich serc…

City of doom

In the city of doom and the pain nothing seems to be stra­ight, to be pla­in. Com­pli­ca­ted are hearts of the world – nowhe­re is our home…

Hope is lay­ing under ruins of our homes. Love is fly­ing just too high abo­ve. Never seen lit­tle smi­le on her face. In this world she for­got what is grace…

You are able to be kil­led by Your broth. On the wall never seen han­ging cross. „Whe­re is God, who cre­ated that world?” asked some­one witho­ut any words…

Twoja kołysanka

Dźwię­ki ciszy mnie koły­szą, oczy skle­ja słod­ki sen. Wszę­dzie bło­go, zapadł spo­kój, a Ty jesteś obok mnie. Wiatr już ucichł, mróz też puścił, więc cie­plut­ko nam tu jest. Świa­tła zga­sły, a świat zasnął, tyl­ko świersz­cze gra­ją gdzieś.

Lśni jezio­ro, w dali brzeg, w górze księ­ży­co­wy blask. Sie­dzisz w łód­ce obok mnie, nas nie zła­pie nigdy czas.

Podaj rękę, zawsze będę na dotknię­cie pal­ców Twych. Złe minu­ty w mgłę osnu­te, nie będzie­my liczyć dni. Świat się skoń­czy, nie roz­łą­czy tego, co złą­czy­ły sny. Nie odej­dę, zawsze będę na dotknię­cie pal­ców Twych.

Lśni jezio­ro…