Nigdy nic razem

Nigdy nic razem nie prze­ży­li­śmy i nawet dobrze nie zna­my się. Zale­d­wie cza­sem z sobą byli­śmy, cał­kiem fał­szy­wi – dobrze to wiem.

Nigdy nic razem nie prze­ży­li­śmy, choć dotyk oczu dosię­gał ust. Ten stan zapew­ne tyl­ko się przy­śnił, bo Cie­bie nigdy nie było tu.

Nigdy nic razem nie prze­ży­li­śmy, może zbyt wie­le pro­sić bym chciał. Chciał­bym, by sen mój się kie­dyś wyśnił i abym dło­nie swe Two­im dał.

Ty

Powiew wia­tru sma­ga twarz, kro­pla rosy w oku tkwi. Tęcza w Two­ich ustach trwa, w Two­im ser­cu radość brzmi.

Wodo­spa­dy Two­ich słów, pięk­no zwy­kłych marzeń Twych, Zachód słoń­ca Twe­go snu i nie mogę z Tobą być…

W klatce

Klat­ka nad świa­tem, znisz­czo­ny stół, jestem waria­tem – nie ma mnie tu.

Poga­sły świa­tła, zamilkł Twój śmiech. A ja pró­bu­ję odna­leźć brzeg.

W ser­cu muzeum zła­ma­nych serc. Jak mam nadzie­ję jakąś dziś mieć?

Lampa

Znów nie mogłem zasnąć dłu­go, srebr­ne gwiaz­dy znów się śmia­ły. Nawet księ­życ do mnie mru­gnął, po czym w chmu­ry wpły­nął cały.

Dosyć mia­łem tego świa­ta, jego krzy­ku, bólu, świa­teł. Pobie­głem, gdzie moja cha­ta; z marzeń zbu­do­wa­łem chatę.

Zapa­li­łem lam­pę naf­tą, roz­świe­tli­ła wnę­trze moje — taką dziw­nie cie­płą bar­wą — dając świa­tła blask przyćmiony.

Otwo­rzy­łem okna cha­ty, wpadł do środ­ka zapach lasu. To nie to, co miej­skie kra­ty, smog i głu­cho­ta hałasu.

Usły­sza­łem wła­sny oddech, bicie ser­ca też poczu­łem. Prze­pa­dłem, jak kamień w wodę, nawet myśli przytłumiłem.

Szko­da mi drew­nia­nej cha­ty, ktoś nie lubił jej i spa­lił. W jakie umknę teraz świa­ty? Co z mą lam­pą zro­bię dalej?…

Ślepiec

Pod­szedł do mnie kie­dyś czło­wiek. W chu­dej dło­ni trzy­mał laskę. Czar­ną czap­kę miał na gło­wie, oczy nie świe­ci­ły blaskiem.

Pomy­śla­łem: „Bied­ny facet! Nigdy nie zoba­czył słoń­ca.” Bo przede mną sta­nął śle­piec, któ­ry trwał tam już do końca.

Wtem się ozwał w takie sło­wa: „Naiw­ność Twą wia­rę bro­czy, że postrze­ga tyl­ko gło­wa, mogą widzieć tyl­ko oczy.”

Zapy­ta­łem: „Cóż inne­go, gdyś jest zmy­słów pozba­wio­ny? Czy widzia­łeś gdzieś śle­pe­go, jak tkwi w pej­zaż zapatrzony?”

On nie zra­ził się zupeł­nie, tyl­ko mówił sło­wa mądre: „Na języ­ku smak masz pew­nie, a nie czu­jesz nic żołądkiem.

Kra­jo­bra­zy widzisz duszą, oczy widok tyl­ko kar­mi. Mala­rze widzieć nie muszą, muszą tyl­ko czuć coś na dnie.

Ci, co widzą, widzą wady, wyobraź­nia czy­ni zalet. Śle­piec nie ma tej ogła­dy, któ­ra oczom daje zamęt.”

Zro­zu­mia­łem wte­dy pra­wie, że wzrok wadą jest, nie darem.