Pomiędzy

Skoń­czy­ło się uczu­cie tak nagle, jak zaczę­ło. To dla mnie coś nowe­go, a ser­ce odetchnęło.

Znów cze­kam na tę miłość, co iskrą bły­śnie dla mnie. Cze­kam na tę jedy­ną, co z nie­ba tutaj spadnie.

Dziś jestem gdzieś pomię­dzy prze­szło­ścią a przy­szło­ścią. Wło­żo­ny mię­dzy kart­ki z nico­ścią i miłością.

Nie piszę nawet wier­szy o tym, jak miłość ginie. Tak — chy­ba uwie­rzy­łem, że ona zawsze żyje.

Bunt

Nie mogę znieść nie­wo­li, chcę wyrwać się z Ich szpo­nów. Lecz mój bunt bar­dzo boli z rąk panów profesorów.

Czy nikt tego nie widzi, że cały świat się wali? Czy nikt się zła nie brzy­dzi? Czy wszy­scy tacy mali?

Nikt nicze­go nie zmie­nia, już wszy­scy zastra­sze­ni. Czyż taka ma być cena życia na pięk­nej Ziemi?

Chcę zmie­nić dziś to wszyst­ko, nie mów, że nie dam rady. W ser­cu pło­nie ogni­sko i mózg nie od parady…

Seasons

Spring of Your face bri­ght like a flo­wer, colo­ur­ful grace.

Heat of Your heart like sun of sum­mer — give me a part.

Your autumn peace in drop of amber like rose­’s kiss.

Love Your inno­cent wit­ness of win­ter; snow falls on Earth.

Próżnia

Gdy miłość ma usta­je, prze­sta­je widzieć ser­ce. Znów widzą tyl­ko oczy. Ja wca­le tego nie chcę!

Chmu­ra zła tego świa­ta wisi cała nade mną. I znów strasz­ne kosz­ma­ry po nocach śnić się będą.

Nie chcę żyć bez miło­ści, zbyt wie­le widzą oczy. To wszyst­ko coraz gor­sze, krew ludz­kie dło­nie broczy.

Aż wstyd być czło­wie­kiem, niby nie wszy­scy tacy. Lecz jed­nak ktoś zabi­ja, a ja chcę żyć inaczej.

Zako­chać mi się trze­ba i nie czuć nic już wię­cej, niż tę dru­gą oso­bę i w dło­niach cie­płe ręce…

Na krawędzi

Ota­cza mnie tłum, a jestem tu sam. Har­mi­der i szum, a we mnie coś gra. Tam praw­da, tu fałsz tu krzy­żu­ją się. To dobre Ci dam, zosta­wię to złe.

Ota­cza mnie tłum, a ser­ce się rwie, samot­ne jest tu, bra­ku­je mi Cię. Tam świa­tło, tu noc, nie krzy­ży­ją się. Nade mną jest mrok, nad nimi jest dzień.

Samot­ny jak pień w lesie pośród drzew. Mój krót­ki cień i świa­tło mi mieć. Tam Ty, tutaj ja, nic wspól­ne­go wciąż. A dobroć Twa doty­ka mych rąk…