Od nowa

Tra­gicz­na zaiste jest moja sytu­acja, już nie wiem, gdzie kłam­stwo i nie wiem, gdzie racja. Roz­dar­ty pomię­dzy opi­nię i spo­kój, nie mogę się życiu przy­glą­dać gdzieś z boku. I krwa­wię kocha­jąc, lecz łak­nę miło­ści, tak cza­sem naj­trud­niej, a cza­sem naj­pro­ściej. Zna­jo­mych oce­niam za bar­dzo dokład­nie, bo boję się zna­leźć wraz z nimi gdzieś na dnie. I nie mam przy­ja­ciół na całym tym świe­cie, więc żyję samot­nie na „odludz­kiej” die­cie. W jedy­nej oso­bie, co mnie zro­zu­mia­ła, się zako­cha­łem, bo wszak jest wspa­nia­ła. I boję się zro­bić choć krok w swej bojaź­ni, bo boję się znisz­czyć kwiat naszej przy­jaź­ni. I tak każ­dy dzień mnie boli od nowa, i choć krzy­czę, na papie­rze mil­czą słowa…

Wyznanie

Bie­gnę za tobą każ­de­go dnia. Nie­do­ści­gnio­na wio­sen­ność twa. Przy­no­sisz radość, gdym smut­nym jest. Odga­niasz tro­ski i milion łez.

Ty przy­ja­ciół­ką jedy­ną mi. Z tobą jedy­nie chcę dzie­lić sny. A ten naj­więk­szy ze wszyst­kich sen, To w twym obję­ciu odna­leźć się… Kocham cię.

Ludzie są jak papie­ro­we cho­rą­giew­ki: każ­da zmia­na wia­tru zmie­nia ich nasta­wie­nie. Ja jestem jak bla­sza­na cho­rą­giew­ka na szczy­cie wie­ży. Nie­za­leż­nie od wia­tru, patrzę zawsze w jed­ną stronę.

Ale jak myślisz, któ­rą cho­rą­giew­kę łatwiej znisz­czyć? Czy war­to pod­da­wać się wia­trom mody i epok?

W Karkonosze wyszedłem

Wysze­dłem w góry i już nie wró­cę. Tu moje życie, tu moja śmierć. Dla nich rodzin­ny Szcze­cin porzu­cę, Byle by bli­sko do gór mych mieć.

Wysze­dłem w góry w ciem­no­ści nocy. Nie­opi­sa­ne, jak szu­mi wiatr. Tutaj dozna­ję olbrzy­miej mocy, Tu się zaczy­na i koń­czy świat.

Wysze­dłem w góry, w me Kar­ko­no­sze. Lek­ko spo­wi­te wie­czor­ną mgłą. Cie­bie, dziew­czy­no, o jed­no pro­szę: I ty co wie­czór tu ze mną bądź…

Teatr końca tysiąclecia

Poznał czło­wiek wiel­ki świat, pełen róż­nych gorz­kich prawd. Odkrył pra­wie życia sens, wie dla­cze­go żywym jest. Stwo­rzył pra­wa peł­ne kłamstw i zapra­gnął cof­nąć czas. Poznał rze­czy dobre, złe i poko­nał w wal­ce deszcz.

Poznał ruchy wiel­kich mas, dosię­gnął wzo­ra­mi gwiazd. Na Księ­ży­cu nawet był i obró­cił mity w pył. Odkrył w sobie taki kwas, co kodu­je życia blask. Nie­raz nawet z Boga drwił, wyszcze­rza­jąc bia­łe kły.

Paję­czy­ną splą­tał świat, infor­mu­je z wiel­kich miast. Roz­bił atom w drob­ny proch, choć nie­ła­twe było to. Sam nad sobą, niczym kat, sam na sie­bie krę­ci bat. Nie­da­le­ki jest już zgon, gdy zagła­da zbie­rze plon.