Wszystko nam się musi udać

Cze­go byś nie powie­dzia­ła mi, jesteś jedy­nym darem Boga dla mnie. Choć życie ciśnie na oczy łzy, pra­gnę wszyst­kie­go, cze­go ty pragniesz.

O wszyst­kim mi możesz dziś powie­dzieć, bo komuś prze­cież musisz zaufać. Więc razem gdzieś chodź­my posie­dzieć, prze­cież wszyst­ko nam się musi udać.

Jeśli trze­ba, to zacze­ka­my, prze­cież i tak zawsze mamy sie­bie. I zawsze, kie­dy się spo­tka­my, ja będę bli­sko, naj­bli­żej ciebie…

Znalezieni

Razem jeste­śmy na zawsze, wresz­cie spo­kój w ser­cu mym. Peł­ne dobra oczy nasze, nie­chaj miłość wie­dzie prym.

Nie szu­kaj­my sie już wię­cej, niech tęsk­no­ta zgi­nie w nas. Weź­my ręce w swo­je ręce, nie­chaj słod­ko pły­nie czas…

Zmierzch egoizmu

Prze­my­śla­łem wszyst­ko i wiem: popeł­ni­łem wczo­raj jeden wiel­ki błąd. Powie­dzia­łem, że Ci wca­le nie jest źle: nie wie­dzia­łem i wciąż nie wiem, no bo skąd?…

Chcia­łem zabrać Two­je sło­wa siłą Ci: dzi­siaj widzę, jak okrop­ny był to gest. Zro­bić wszyst­ko, żeby dobrze było mi? Dziś chcę cze­kać, co przy­nie­sie tam­ten dzień.

Prze­my­śla­łem, teraz widzę, jak to jest — nie chcę być jed­nym z kło­po­tów Twych. Nie chcę, byś się czu­ła ze mną źle. Wszyst­ko poznam w swo­im cza­sie, lecz nie dziś…

I znów mi zapew­ne nicze­go nie powiesz. Znów zmie­nisz temat, gdy będę zbyt bli­sko. Swą tajem­ni­cą zawró­cisz mi w gło­wie, dole­jesz oli­wy w pło­ną­ce ognisko…

Minę­ły dwa z pięć­dzie­się­ciu kil­ku dni; nie mogę spać, wko­ło Cie­bie krą­ży myśl…

Krzyk!

Nie mam dokąd pójść, z kim poroz­ma­wiać, nie mogę pła­kać, nie mam się komu wyża­lić. Nie mam niko­go pra­wie na tym świe­cie. Jedy­na przy­ja­ciół­ka roz­dzie­ra me ser­ce. Kocham ją, ona wie. Chy­ba i ona mnie kocha, ale nie wiem… Jest tyle „tak” i tyle „nie”. Każe mi cze­kać tak dłu­go, sama jest pew­na. Dotąd rato­wa­ła mnie przed uto­nię­ciem w obłę­dzie. Infor­ma­cje: nie­na­wiść, kłam­stwo, śmierć, woj­na i koniec. Sza­leń­stwo egzy­sten­cji. Pra­gnie­nie odej­ścia i śmierć z wła­snej ręki — zbyt łatwa. Tra­cę jedy­ną pod­po­rę, powo­li osu­wam się w schi­zo­fre­nię tej Zie­mi. Tonę. Zwa­riu­ję. Umie­ram bole­śnie. Lecz ona poda mi rękę, gdy będzie zbyt późno…