Kołysanka dla nieznajomej

Gaśnie dzień, znów noc nad­cho­dzi, zapa­la gwiaz­dy, przy­no­si sen. W ręce Twe swe dło­nie zło­żę, zato­pię w ciszy, odda­lę lęk.

Nie musisz już wię­cej oba­wiać się jutra, nie musisz wię­cej bać się już zła. Zaśnij w spo­ko­ju, ja będę czu­wał nad Tobą do samej bie­li dnia.

Księ­życ z chmur na nas spo­zie­ra, bla­skiem odbi­tym oble­wa świat. Dla mnie czas w miej­scu zamie­ra, mogę na wie­ki przy Tobie trwać.

Nie musisz już…

In the locked room

People sailing nowhe­re with the sails of drugs witho­ut love && full of hate when the days are passed

People of nor­ma­li­ty people of bad luck you who have no reason to kill and to hurt

Them who never suf­fer in your eyes the­re­’s glass you are kno­wing nothing abo­ut „Grze­sio„ ‘s arse

Pe-Ka-Pe

Stuk, puk… Trzy­ty­sięcz­ny pusty stuk. Wagon sta­cza się na dół gdy pasa­żer pra­gnie snu.

Stuk, puk… Trzy tysią­ce pierw­szy stuk. Wagon stoi pośród pól. Czy kto­kol­wiek zna mój ból?

Stuk, puk… Trzy tysią­ce dru­gi stuk. Pięć­dzie­się­ciu metrów znój no a z WuCe znów czuć gnój.

Stuk, puk… Trzy tysią­ce czwar­ty stuk. A gdzie trze­ci? Jeden huk, czy jest, czy nie stu­kot kół.

Stuk, puk… Trzy tysią­ce pią­ty stuk. Znów prze­cho­dzień dep­cze słup. Za co bied­ny cier­pię tu??

O świcie

Noc okry­ła ciche góry zło­tą mgłą, mamią wzrok świa­tła kolo­ro­wą grą. Gwiazd tysią­ce się zle­wa­ją w jeden wzór, to jest magia nie­po­ję­ta Ducha Gór.

Spójrz na nie­bo — tam nie znaj­dziesz nigdy zła, cho­ciaż noc, może znaj­dziesz śla­dy dnia. Może gdzieś, gdzie nie dotarł jesz­cze nikt, twa­rzą w twarz sta­niesz ty i two­je sny.

Nad hory­zont słoń­ca tar­cza dum­nie lśni, czer­wień, błę­kit — ten prze­pięk­ny bla­dy świt. Srebr­ne mgły deli­kat­nie musną twarz, tak jak ty, ze snu wsta­nie cały świat.

Spójrz na nie­bo — tam nie znaj­dziesz nigdy zła, zno­wu dzień, aż do nocy będzie trwał. Szu­kaj, bo gdzie nie dotarł jesz­cze nikt, znaj­dziesz swe zagu­bio­ne daw­no sny.

Dobra pamięć

Nie zapo­mnę wido­ku takiej ślicz­nej Cie­bie, strze­la­ją­cej z kuszy do anioł­ków na nie­bie. I nie zapo­mnę Cie­bie peł­nej wiel­kiej zło­ści, gdy spryt­ne anioł­ki umknę­ły od strzał gwoździ.

Nie zapo­mnę wido­ku, gdy na drze­wie liście pró­bo­wa­łaś dosię­gnąć i zerwać, oczy­wi­ście. I pamię­tam Twe w zło­ści zaci­śnię­te dło­nie, gdy drze­wa się pod­da­ły, zgi­na­jąć się w ukłonie.

I nie zapo­mnę Cie­bie, gdy mnie chcia­łaś zra­nić, po „roman­sach” z Tobą miał­bym się aż zabić. Zapa­mię­tam dobrze czerń Twe­go spoj­rze­nia, gdy usły­szysz tyl­ko „żegnaj, do widzenia”…