Otacza mnie tłum beznadziejnie pustych głów. Przekrzykują się wzajemnie i nie szczędzą ciętych słów. Mam układy ze wszystkimi — jednych kocham, drudzy mnie kupili.
Beznadziejne położenie w epicentrum wszelkich burz. Ku nicości narodzony, zawieszony pośród mórz. Jedne płyną lekkomyślnie, drugie — piękne, lecz… czar pryśnie!
Ustawiony do kolejki po papierek końca szkół. Gdyby nie zrządzenie losu, nie zastałabyś mnie tu. Teraz słyszę z boku szept — bez ciebie nie było tak źle.
Tak rozdarty, bo myślący, nie zaś głupi niczym but. Kiedy umysł mam otwarty, zbyt nim wiele muszę czuć. Bez morału kończę wiersz — ty dopowiedz, co tam chcesz, albo obróć w pusty śmiech…