Niezauważalny

Nigdy nie dowiesz się o kimś za tobą o krok, kimś kto poko­chał cię i upadł w mrok…

Bo mu zabra­kło słów na opis tej burzy w nim, bo zbyt moc­no czuł, że już jesteś z kimś.

Nigdy nie powiesz nic, gdy zabrak­nie w szko­le go, gdy prze­sta­nie żyć, umknie tobie to…

Born to suffer

I’m born to suf­fer What am I to? Non-fro­zen pat­terns On bro­ken glass The say „Don’t wor­ry” But She is silent Almost like skies When I lose faith I live to suf­fer I can­not kill All fro­zen souls On this cour­sed world The say „you’re sick” But I am nor­mal Almost like skies Abo­ve my head

O sobie samym

Sie­dzisz w kącie i gniew cię roz­pie­ra, że już nie możesz pora­dzić nic. Trzy­masz nóż w ręku, lecz nie umie­rasz, nie dzi­siaj jesz­cze, choć nie chcesz żyć.

Spa­dłeś na dno i, choć nie bola­ło, gorz­ko zaklą­łeś na cały świat. Bo już nie­je­den raz tak się sta­ło, że przy­ja­cie­la pło­my­czek zgasł.

Masz im to za złe, że nie chcą pomóc, nie chcą ci podać ręki — ot, tak. Patrzysz z dale­ka, poda­ją komuś, bez­czel­nie patrząc w twą smut­ną twarz.

Lecz czy ty im w potrze­bie pomo­głeś? Czy poświę­ci­łeś swój cen­ny czas? Dałeś im życie, wte­dy, gdy mogłeś? A jeśli powiesz na wszyst­ko „tak”??

Bez morału

Ota­cza mnie tłum bez­na­dziej­nie pustych głów. Prze­krzy­ku­ją się nawza­jem i nie ską­pią ostrych słów. Mam ukła­dy ze wszyst­ki­mi — jed­nych kocham, dru­dzy mnie kupili…

Bez­na­dziej­ne poło­że­nie w epi­cen­trum wszel­kich burz. Ku nico­ści uro­dzo­ny, zawie­szo­ny pośród mórz. Jed­ne pły­ną lek­ko­myśl­nie, dru­gie — pięk­ne, lecz czar pryśnie…

Usta­wio­ny do kolej­ki po papie­rek koń­ca szkół. Gdy­by nie zrzą­dze­nie losu, nie zasta­ła­byś mnie tu. Teraz sły­szę cichy szept: wte­dy nie było­by źle…

I roz­dar­ty, bo myślą­cy, nie zaś głu­pi, jak ten but. Kie­dy rozum mój otwar­ty, to zbyt wie­le muszę czuć. Bez mora­łu koń­czę wiersz — sam dopo­wiedz, co tam chcesz, albo obróć w pusty śmiech…

Pełen krąg

Życie me zamknę­ło pełen krąg. Budzę się pośród nie­ludz­kich ich rąk. Ze szkla­nek grad posy­pał się złych burz. Wca­le się żyć mi nie chce dłu­żej już.

Ludzi tłum mnie opu­ścił jesz­cze raz. Jesz­cze raz tu zosta­łem cał­kiem sam. Dokąd pójść, gdy na wszyst­kich dro­gach kurz? Wca­le się żyć mi nie chce dłu­żej już.

Jesz­cze raz wzrok czyjś oczy musnął me. Jesz­cze raz każ­de poszło sobie gdzieś. Cią­gle jest tutaj przy mnie Świę­ty Duch, cho­ciaż żyć mi się nie chce dłu­żej już.